Nie robimy stron i nie przebudowujemy serwisów. Dokładamy do tego, co już macie, dwa mechanizmy: jeden mówi Wam, która reklama naprawdę przyprowadziła klienta, drugi zdejmuje z kogoś w firmie przepisywanie tych samych danych w kilku miejscach.
Stała cena za rzecz: 2 000 zł za wdrożenie, uruchomienie w kilka dni.
Zgłoszenie z formularza zwykle da się przypisać do kampanii. Ale duża część ludzi formularza nie wypełnia — dzwoni albo pisze maila. I te dwie drogi, najczęściej te najpoważniejsze, zostają ciemne.
Firma dostaje drugi numer telefonu i drugi adres e-mail — własne, w tej samej strefie numeracyjnej, wyglądające jak jej własne, bo nimi są. Strona pokazuje je wyłącznie osobom, które przyszły z reklamy. Reszta świata widzi numer główny.
Podmiana wynika z adresu, którym ktoś wszedł. Nic nie zapisujemy ani nie odczytujemy z urządzenia odwiedzającego — więc zgoda na przechowywanie informacji w urządzeniu nie ma tu zastosowania. To nie jest obejście przepisu, to jest poza jego zakresem.
Google przydziela numer z puli, na czas sesji. Wygląda przypadkowo, zmienia się, obejmuje tylko Google Ads.
Klient, który zapisze numer z puli i oddzwoni za miesiąc, może trafić w próżnię. Wasz numer jest Wasz na zawsze: działa w wizytówce, na fakturze, na ulotce, w kodzie QR, po latach. Obejmuje każdy kanał — nie tylko Google. A rejestr rozmów zostaje u Was, nie u pośrednika.
Po miesiącu wiadomo, ile telefonów i ile maili przyszło z reklamy — policzonych, nie oszacowanych. To jest liczba, na podstawie której podejmuje się decyzję o budżecie: zwiększyć, zmniejszyć, przenieść.
Awaria mechanizmu pokazuje prawdziwy numer firmy. Nigdy pustkę, nigdy numer nieczynny.
Terminy, ceny, listy, harmonogramy — wszystko, co ktoś w firmie wpisuje ręcznie i co przez to żyje w kilku miejscach naraz. Wpisuje się raz, w arkuszu, a strona przepisuje to sama.
Zmiana jednego terminu to kilka miejsc do poprawienia i pytanie, czy na pewno wszystkie.
Robi to zwykle jedna osoba, między innymi zadaniami. Kiedy jej nie ma albo dzień jest gęsty, poprawka czeka. A klient, który akurat wtedy wejdzie na stronę, zobaczy to, co zostało z poprzedniego razu — i nikt się o tym nie dowie.
Dane siedzą w zwykłym arkuszu Google — otwiera się go na telefonie, edytuje jak każdy inny. Zmiana jest widoczna na stronie od razu, bez logowania do panelu i bez proszenia kogokolwiek o publikację.
Treści na stronie nie ruszamy. Podmiana dzieje się przy wyświetlaniu, więc wyłączenie mechanizmu przywraca wszystko do stanu sprzed — to jest bezpiecznik, nie deklaracja.
U klienta z branży doradczej: dwanaście stron z terminami i cenami, kalendarz i lista wyboru w formularzu zgłoszeniowym — wszystko z jednego arkusza. Osoba redagująca zmienia datę w jednej komórce i nie dotyka już niczego więcej.
Wcześniej ta sama data bywała w trzech miejscach w trzech wersjach.
Z zewnątrz, bez żadnych dostępów. Szukamy jednej rzeczy, której brak realnie kosztuje — nie listy usterek.
Konkret, który możecie sprawdzić w minutę: ten termin, ten numer, ta strona. Bez prezentacji i bez czternastu punktów.
Stała kwota, nie stawka godzinowa. Termin, jedna runda poprawek w cenie, 50% z góry. Bez aneksów w trakcie.
Uruchomienie w kilka dni. Potem opcjonalnie opieka: poprawki, kopie, drobne zmiany bez wyceniania każdej z osobna.
Ceny netto. Obie usługi wyceniamy jednakowo, bo obie są jednakowo policzalne — mówimy kwotę po obejrzeniu serwisu, przed rozpoczęciem pracy.
Bez listy czternastu błędów i bez prezentacji. Jedno zdanie o tym, co widać z zewnątrz, i — jeśli to ma sens — propozycja jednego z dwóch wdrożeń.